Paweł Wojciechowski: Trener potrafił wyciągnąć to co najlepsze

Przed zbliżającym się pierwszym Memoriałem upamiętniającym osobę trenera Wiesława Czapiewskiego porozmawialiśmy z jednym z jego podopiecznych Pawłem Wojciechowskim. Mistrz świata (2011) oraz halowy mistrz Europy (2019) w skoku o tyczce opowiedział nam o ich współpracy, relacjach oraz roli jaką trener pełnił w bydgoskim klubie.


Czy pamiętasz okoliczności w jakich poznaliście się z trenerem Wiesławem Czapiewskim? Jakie wrażenie zrobił na tobie jako osoba?

„Oooo! Dwudziestka przyszła!” Takimi słowami witał nas trener w klubie, gdy przychodziliśmy na treningi. Chodziło o szkołę numer 20 gdzie uczęszczałem jako dziecko wraz z jego synami, którzy byli ode mnie młodsi. To takie moje pierwsze wspomnienie, choć wtedy trener nie prowadził naszych zajęć.

Tak się składa, że z synami trenera Czapiewskiego jesteśmy przyjaciółmi nieprzerwanie od tamtego czasu. Te relacje były więc szczególne już na samym początku, choć wtedy jeszcze nie miałem pojęcia, że w przyszłości będziemy bezpośrednio współpracować.

Jak zaczęła się Wasza współpraca?

Generalnie to na początku on wcale nie chciał być moim trenerem i wyszło tak, że to ja go namawiałem, aby nim został. Twierdził wtedy, że jest trenerem wieloboju i nie zna się na tyczce, ale ja wiedziałem że jego wątpliwości nie są słuszne. Może nie wierzył wystarczająco w siebie na tym etapie. Później, gdy skoczyliśmy razem 5.90, był zmuszony zweryfikować ten osąd.

Jaki to był moment twojej kariery i dlaczego zdecydowałeś się wtedy na zmianę trenera?

Do tamtego momentu wszystko szło na fali „młodzieńczej fantazji”. Wszystko przychodziło mi lekko i łatwo, aż w pewnym momencie przestało. W tym momencie poczułem, że potrzebuję zacząć pracować ciężej. Obserwując trening swoich kolegów, z których większość była pod opieką trenera Czapiewskiego, miałem przeczucie że taka praca, prędzej czy później się opłaci.

Tak jak wspomniałem wcześniej trener był trochę sceptyczny, ale ja oddałem się w pełni jego metodom i efekt przyszedł niemal natychmiast.

Na jakie elementy twojego warsztatu kładł nacisk trener Czapiewski? Czy były obszary na których skupialiście się bardziej? Szlifowaliście twoje mocne strony, a może właśnie bardziej te słabsze?

Mogę powiedzieć, że przychodząc do trenera byłem już dobrym tyczkarzem. Trener uważał jednak, że aby być dobrym tyczkarzem, muszę stać się również dobrym sportowcem. Mój trening zmierzał więc w tym kierunku, aby rozwijać się wszechstronnie i stawać lepszym lekkoatletą.

Dążyliśmy do tego, abym radził sobie również w innych konkurencjach. W pewnym momencie ten skok o tyczce był na samym końcu naszej listy, bo trener twierdził, że jak będę dobrze wytrenowany, to z moimi podstawami technika przyjdzie sama. Miał rację.

Naturalnie, doskonaliliśmy również poszczególne elementy skoku o tyczce. Okazało się, że trener miał do tego świetne oko i udało się je dobrze poskładać.

Paweł Wojciechowski

Co powiesz nam o warsztacie trenera?

Charakterystyczne u niego było to, że żaden zawodnik nie robił tego samego. Trener potrafił wyciągnąć z każdego to, co było w nich najlepsze. Nie byliśmy wrzuceni do jednego worka, a każdy z nas robił to czego aktualnie najbardziej potrzebował.

Problem mieli jedynie ci zawodnicy, którzy nie chcieli trenera słuchać, bo pozostali dobrze na tym wychodzili i osiągali sukcesy.

Wiemy że relacja trener-zawodnik to bardzo specyficzny stan. Często praca, miesza się tu z przyjaźnią. Niektórzy nawet mówią że trener potrafi być jak ojciec. Jak to wyglądało między tobą a trenerem Wiesławem Czapiewskim?

Trener zawsze żartował, że się „tolerowaliśmy”, ale ja nie uważam żeby tak było. Myślę że naszą relację można nazwać przyjaźnią, bo zarówno ja zwierzałem się trenerowi i opowiadałem mu o tym co dzieje się w moim życiu, ale podobnie bywało też w drugą stronę.

Spędzaliśmy ze sobą dużo czasu i niejednokrotnie prosiłem trenera o radę, a on był w wielu sprawach dla mnie wyrocznią.

Jak wspominasz trenera jako osobę? Jaki był „po pracy”?

Był typem sportowca do szpiku kości. Obaj byliśmy uparci, a trzecia w tym układzie była jeszcze Adrianna Sułek, która również lubiła stawiać na swoim. Domyślacie się, że w takim tercecie czasem drzazgi leciały, ale zawsze na końcu się dogadywaliśmy. Jak widać po sukcesach Ady, było warto kształtować wzajemnie swoje charaktery.

Paweł Wojciechowski

Pod opieką trenera zdobyłeś wiele medali mistrzostw Polski, ale również brąz mistrzostw świata i halowe mistrzostwo Europy. Co było jego największym wkładem w Twoje sukcesy?

Niesamowity był sposób w jaki zdobyliśmy medal w Pekinie. W momencie gdy praktycznie byliśmy skreśleni i nikt w nas nie wierzył, trener wciąż powtarzał, aby spokojnie robić swoje. Nauczyłem się od niego konsekwencji w dążeniu do celów, ale również ciężkiej pracy. Trzeba jednak zaznaczyć, że była to praca ciężka, ale mądra. Myślę że dzięki temu znam dobrze swoje ciało i mogę wciąż walczyć o marzenia.

A pamiętasz jeszcze reakcje trenera? Jaki był w tych zwycięskich momentach? Popadał w optymizm czy może tonował nastroje?

Mnie z pewnością tonował, bo to ja byłem przesadnym optymistą. Trener reagował „na zimno”, jakby zdając sobie sprawę, że wyniki są naturalną konsekwencją pracy którą włożyliśmy.

Znamienne było to, że w momentach gdy przychodziły porażki trener chciał brać je wyłącznie na siebie. Ja zawsze wtedy odbijałem piłeczkę, gdyż uważam że to ja je ponosiłem.

Czasem zdarzało mu się też krzyknąć na mnie i dosadnie przemawiać mi do rozsądku, gdy traciłem koncentrację na zawodach i za mocno uśmiechałem się na lewo i prawo.

Jak funkcjonujecie w klubie po stracie trenera?

Gdy trenera zabrakło zauważyliśmy jak wiele elementów spajał. Mnogość dyscyplin i zawodników, którymi się opiekował sprawiła, że aby zagospodarować te braki do klubu musiało przyjść kilka osób. To najlepiej oddaje jego rolę i ogromną stratę jaką odczuwamy do dziś po jego śmierci.

Paweł Wojciechowski

Co aktualnie u ciebie? Jak forma i jak idą przygotowania?

Aktualnie wróciłem pod opiekę trenera Michalskiego i próbujemy odnaleźć „starego mnie”. Myślę jednak, że idziemy w dobrym kierunku i mam nadzieje, że wkrótce znowu będzie głośno o moich skokach.

Czy planujesz odwiedzić stadion Zawiszy 14 i 15 maja, kiedy odbędzie się pierwszy Memoriał upamiętniający osobę trenera Czapiewskiego?

Naturalnie, będę tego dnia wraz z całą rodziną na stadionie. Żałuję że nie będzie mi dane uczestniczyć w zmaganiach, ale Adrianna Sułek z pewnością stanie na wysokości zadania.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.